#FollowJezus ten sam, nie taki sam. Zapraszam na „nowy”, „stary” blog

Enigmatyczny tytuł mówi jednak o czymś bardzo konkretnym. Rozpoczął się trzeci rok mojej współpracy z „Tygodnikiem Powszechnym”. Miniony, 2014 rok przyniósł spektakularne zmiany. W jego połowie redakcja zmieniła format papierowego wydania pisma. Natomiast w ostatnich miesiącach 2014 r. Razem z kierownikiem wydania internetowego Michałem Kuźmińskim, oraz Patrykiem Stanikiem i Bartkiem Swojakiem, pracowaliśmy w pocie czoła nad zmianą strony internetowej Tygodnika Powszechnego.

Nowy serwis Tygodnika jest już do waszej dyspozycji. Wierzymy, że to nowe otwarcie okaże się doskonały wejściem w rok 2015. Wraz ze zmianą serwisu i odejściem od onetu, zmieniamy również lokalizację mojego bloga. Od dziś zapraszam was więc do nowego świata: followjezus.blog.tygodnikpowszechny.pl.

Zmienia się tylko materia – przyjaźniejsza, spokojniejsza, ułatwiająca lekturę. Nie zmienia się merytoryczna strona. Ciągle będziemy siewcami niepokoju, będziemy przyglądać się sprawom wiary, Kościoła i naszego życia.

Widzimy się tu:

blog

Biskupi jednak nie wycofują się z poparcia dla marszu PiS

Wykreślenie nazwisk pięciu biskupów z komitetu organizującego sobotni marsz PiS nie jest zamknięciem dyskusji o zaangażowaniu się duchownych w bieżącą politykę. Wręcz przeciwnie. Abp Wacław Depo wycofuje się z komitetu, bo – jak argumentuje –  to inni upolitycznili jego udział w marszu, a nie on sam. Jak rozumiem, biskup, który otwarcie wspiera partię dążącą do władzy, nadal nie widzi w swoim zachowaniu niczego złego.

Podobnie swoją decyzję o rezygnacji ze wsparcia dla demonstracji argumentuje bp Wiesław Mering. Z opublikowanego przez niego oświadczenia wynika, że bardziej niż na podzielonych jego decyzją wiernych, zależy mu na „lojalności wobec Nuncjusza” i jedności. Ale nie wspólnoty Kościoła, którego jest pasterzem, tylko jedności Episkopatu.

Zatem, biskupi wcale nie wycofują się ze swojego wsparcia dla demonstracji politycznej. Dostali reprymendę od Nuncjusza, której się podporządkują, ale robią to z „przykrością” i zapewniają, że nadal wspierają idee, którymi kierują się organizatorzy demonstracji.

Owszem, przerwanie przez Nuncjusza milczenia części Kościoła hierarchicznego, czego byliśmy świadkami w ostatnich dnia, dobrze wróży. Nie jest też wykluczone, że głos Nuncjusza podyktowany jest pytaniami formułowanymi przez wiernych. Mimo to, biskupi zaangażowani politycznie, korzystając z okazji, w swoich oświadczeniach dali do zrozumienia, że ciągle nie widzą problemu we wspieraniu przez duchownych politycznych inicjatyw. To każe z niepokojem myśleć o przyszłości, zawłaszcza gdy się ma świadomość, że Nuncjusz Apostolski kiedyś może się zmienić.

Nikt, kto krytykował udział biskupów w komitecie organizującym partyjny marsz PiS, nie odbiera hierarchom prawa do posiadania poglądów politycznych. Jednocześnie zdaniem wielu katolików, tak stanowcze branie udziału w politycznych inicjatywach, jest – delikatnie mówiąc – nieroztropne. Nie chodzi też o plemienną krytykę. Tak jak niepokoi popieranie przez duchownych Prawa i Sprawiedliwości, tak samo niepokoi zachowanie tych duchownych, którzy wspierają Platformę Obywatelską. Imanie się polityki przez biskupów to spacer po kruchym lodzie. Łatwo wpaść w politykę, która jest zdobywaniem władzy i przepychanką.

W 2012 r. Marek Zając pisał na łamach „Tygodnika Powszechnego”, że polityczność duchownych to podejmowanie próby zapisania Jezusa do partii. Jezus sobie z tym oczywiście poradzi. Nie poradzi sobie wspólnota Kościoła. Podczas chrztu nie otrzymujemy w pakiecie instrukcji obsługi polskiej polityki. Gdyby biskupi, zamiast głosić swoje polityczne poglądy, skupili się na głoszeniu Ewangelii, pewnie my – wierni – poradzilibyśmy sobie w politycznym świecie bez ich wsparcia.

I jeszcze jedno: teatr ulicy w którym główną rolę odgrywają politycy z hasłami obalenia rządu, to niebezpieczne dla biskupów miejsce. Pokojowa demonstracja, o czym się regularnie przekonujemy, łatwo może się przerodzić w bijatykę i podpalanie samochodów. Przerażająca jest wizja, w której duchowny Kościoła Katolickiego błogosławiłby swoim wsparciem taki proceder.

Jacek Karnowski na Sądzie Ostatecznym

Podobnie jak Pan Jacek Karnowski, ja również cieszę się, że kard. Stanisław Dziwisz celebrował Mszę Świętą z Rodziną Radia Maryja. Nie rozumiem jednak całego zamieszania, które wywołała wizyta krakowskiego metropolity w Toruniu. Msza Święta to nie dyplomacja. Podczas niej nie opowiadamy się za prawicą, lewicą, Łagiewnikami czy Toruniem – podczas niej opowiadamy się za Jezusem Chrystusem. I już sam ten fakt poddaje pod wątpliwość cały artykuł redaktora portalu wpolityce.pl.

Reaguję na niego mimo wszystko, gdyż Pan Jacek Karnowski puentuje garść refleksji po Mszy w intencji Radia Maryja popularnym na jego portalu postulatem, by odebrać „Tygodnikowi Powszechnemu” przymiotnik „katolicki”. Trudno mi znaleźć sensowne połączenie pierwszej części artykułu z jego postscriptum. Można byłoby próbować obrócić je w żart, ale w związku z tym, że Pan Karnowski pisze ze śmiertelną powagą, ja również tę powagę podtrzymam.

Otóż postulat odebrania współbraciom w wierze przywileju nazywania się katolikami jest ryzykowny – zwłaszcza, że Pan Jacek Karnowski pisze, iż „udajemy, że jesteśmy po stronie Kościoła”. Wielu katolików ulega pokusie przeprowadzenia Sądu Ostatecznego, zanim zabierze się za to Pan Bóg. 23 listopada słuchaliśmy podczas niedzielnych Mszy Świętych fragment Ewangelii Mateusza, w którym Jezus opisuje przyjście Syna Człowieczego. Sąd Ostateczny będzie wyglądał tak: „On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie” (Mt 25, 32-33). Stwierdzenie przez Pana Karnowskiego, że ktoś jest „po stronie Kościoła”, a ktoś inny nie, interpretuję jako odebranie Jezusowi Chrystusowi przywileju decydowania o sprawiedliwości swojego ludu. To, niestety, częsta postawa: „Wiem najlepiej, wiem lepiej niż Bóg. Ja decyduję, kto zasługuje na bycie prawdziwym katolikiem”.

Gdy jeden wierzący mówi, że drugi wierzący nie jest katolikiem, ma na myśli, że jego wiara jest niewłaściwa. Że w gruncie rzeczy jest człowiekiem niewierzącym. Niewyznającym wiary Chrystusowej. To kolejne ryzykowne stwierdzenie Pana Karnowskiego. Również w Ewangelii Mateusza czytamy odpowiedź Jezusa na tego typu postawę: „A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: Bezbożniku, podlega karze piekła ognistego” (Mt 5, 22). Nikomu, kto ocenia czyjąś wiarę, nie życzę, żeby ten fragment Ewangelii zrealizował się w jego przypadku.

Jeden z kapłanów często goszczących na łamach portalu braci Karnowskich, ks. Dariusz Oko, również widzi w swoich współbraciach w wierze wrogów. Przypominam, że po tym, jak odpisałem na list biskupów dotyczący „gender”, duchowny powiedział, że działania „Tygodnika Powszechnego” są „kainowo-judaszowe”. Ile mieć trzeba w sobie wrogości, albo ile niewiedzy, żeby używać tego typu metafor?

Jasne, to jest publicystyka, ona rządzi się swoimi prawami, z których naczelną jest ta, by być do bólu kontrowersyjnym – wówczas jest się zauważonym. Ale czy naprawdę kapłan Kościoła katolickiego, który dostał od tego Kościoła dar odpuszczania grzechów i sprawowania Eucharystii; kapłan, za którego każdy z nas modli się na codziennej Mszy Świętej, chce porównywać część wiernych swojego Kościoła do Kaina i Judasza? Przypominam, że Kain zabił swojego brata z zazdrości (Rdz 4, 10). Czy rzeczywiście postawą kapłańskiego miłosierdzia wobec współbrata w wierze jest życzenie mu, by Bóg „przeklął go i skazał na wieczną tułaczkę”? (por. Rdz 4, 12-15). Czy rzeczywiście miłosierdzie kapłańskie wyraża się w porównaniu współbrata w wierze do Judasza, który zdradził Jezusa za garść srebrników? Czy naprawdę ks. Oko sądzi, że w jego współbrata wstąpił szatan? (Łk 22, 3-6).

Ks. Oko, który również zwraca uwagę na niezręczność nazywania „Tygodnika Powszechnego” pismem katolickim, często powołuje się na swoją znajomość z ks. Józefem Tischnerem. Przypominam więc, że ks. Tischner powiedział kiedyś, iż „w kapłaństwie nie chodzi o to, ile ognia kapłan potrafi ściągnąć z nieba na głowy grzeszników, ale o to, za ilu potrafi <nadstawić karku>”.

Nie musimy się we wszystkim zgadzać z Panem Karnowskim i ks. Oko. Zwłaszcza, że zwykle nie spieramy się o podstawowe kwestie wiary i moralności, tylko o „gender” albo „satanistę” z reklamy Empiku. „Tygodnik” nikogo nie wyklucza z Kościoła, a w spory wchodzi wtedy, kiedy ma wrażenie, że piękno Dobrej Nowiny szpecą debaty wokół tematów zastępczych. Naprawdę niebezpieczny jest szatan – tu się zgadzamy. Czy niebezpieczny jest Nergal i czy nadmierne skupianie się na nim nie odwraca uwagi od prawdziwego zła – o tym możemy przecież dyskutować. Kwestionowanie przy tym nie naszych poglądów, a naszej wiary jest niebezpieczne.

Pan Karnowski pisze o „Tygodniku”: „W ramach powrotu do realności Kościół w Polsce czeka jeszcze jeden, moim zdaniem nieunikniony ruch: odebranie przymiotnika „katolicki” Tygodnikowi Powszechnemu. Niech dalej piszą o ojcu Rydzyku w urbanowym stylu per „Rydzyk”, niech dalej bronią satanistów, niech dalej zarabiają na rządowych wkładkach, ale niech nie udają, że są po stronie Kościoła. Przyjdzie nam na to zapewne poczekać, ale, wierzę, doczekamy”. Pewnie każdy z nas popełnia grzechy i błędy. W tej nadziei na „powrót do realności” niech swoim życzliwym okiem Pan Karnowski spojrzy na słowa biskupa Grzegorza Rysia: „Nikt nie jest stracony, bo Bóg nie rozdaje cukierków grzecznym dzieciom, ale podnosi w górę tych, którzy dotknęli dna”.

Na koniec więc prośba: jeśli jeszcze raz Pan Karnowski zauważy mój grzech, to zanim wypisze mnie z Kościoła, niech weźmie przykład z Ojca Pustyni Abby Pojmena: „Jeżeli jakiś człowiek zgrzeszył, a wypiera się tego i mówi: „Nie zgrzeszyłem” – nie karać go, bo przygasisz w nim dobrą wolę; ale jeśli mu powiesz: „Odwagi, bracie, pilnuj się na przyszłość” – to pobudzisz jego ducha do nawrócenia”.