Dwa pytania o Kościół Otwarty. Czyli jak widzę Wspólnotę [#ktobeef część III]

Mateuszu,

W ostatnim odcinku naszej wymiany zdań zaproponowałem, byśmy zastanowili się nad pojęciem „Kościoła otwartego”. Poniżej niestety nie zaprezentuję Ci Jego gruntownej wizji. Przez miniony weekend brałem bowiem udział w rekolekcjach w Laskach, prowadzonych przez biskupa Grzegorza Rysia, stąd moje słowa będą – ciągle niestety – chaotyczną refleksją po tych rekolekcjach. Zdaję sobie sprawę, że dwa problemy interpretacji Kościoła, którymi się z Tobą dzielę, nie wyczerpują moich pytań o nasze, chyba rozbieżne, wizje wspólnoty. Jednocześnie zdaje się, że pozostają one kluczowe w naszej wymianie poglądów. Oto myśli, które zapisywałem podczas rekolekcji. Nie jest to zatem definicja Kościoła Otwartego, a raczej narzucające mi się pytania. Chciałbym, żebyś się odniósł z szacunkiem. Proszę o to, bo – idąc za przykładem przyjaciół z Więzi – potrzebujemy dziś Kościoła „otwartej ortodoksji”. Kogo mam pytać o „ortodoksję”, jeśli nie Ciebie?

Chcę jednocześnie, żebyś miał na uwadze, iż posługując się słowem „otwartość” nie chcę wytyczać murów wewnątrzkościelnych. Kościół „otwarty” jest w mojej ocenie Kościołem „powszechnym”. Jest to zatem przymiotnik użyty do nazwania Kościoła zbudowanego przez Jezusa Chrystusa, a nie kolejna cegiełka do budowania podziałów.

Nie jest to „nowy” Kościół, tak jak i samo określenie „Kościół otwarty” nie jest szczególnie nowatorskie – a kryje się za nim długoletnia historia mówienia o Kościele personalistycznym, odnoszącym się z szacunkiem do drugiego człowieka i nawiązującym do tradycji Ewangelicznych. Liczę, że jakoś mi w moich zmaganiach pomożesz, przedstawiając swoją wizją Kościoła.

Wydaje mi się więc, że najbardziej dostrzegalną różnicę między nami, pokaże odpowiedź na pytanie o to, jak widzimy Kościół.

Przypuszczam, że wszelkie próby ograniczania do niego dostępu dla innych, wynikają z widzenia Kościoła nie jako „szpitala polowego” (papież Franciszek), ale czegoś w rodzaju nagrody za bezgrzeszne życie (ta myśl pojawiła się podczas rekolekcji w Laskach, ale nie pamiętam jej autora).

Widzę Kościół jako drogę do Pana Boga, a nie cel, do którego powinienem dążyć. Bycie członkiem Kościoła nie jest dla mnie celem życia. Celem mojego życia jest osiągnięcie zbawienia, a tego zbawienia chcę doświadczyć poprzez bycie członkiem Kościoła.

Kościół widziany w perspektywie owego szpitala, nie zadaje pytań o pochodzenie, stan posiadania, status społeczny i wyznawaną ideologię. Choć, owszem, wspólnota Kościoła powinna wyznawać wspólne zasady moralne, które odnajduje w Ewangelii.

Przykładów traktowania Kościoła jako celu, a nie środka, jest wiele. Jak często odmawiamy ludziom udziału w czynnym uczestnictwie w Kościelnych strukturach, powołując się na ich nieuporządkowane życie, ideologiczne pomieszanie, czy grzech,  z którym – często – nie potrafią sobie poradzić? Wszyscy przecież, bez względu na grzechy, które były nam odpuszczone w sakramencie pokuty, wypowiadamy podczas Mszy Świętej słowa: „Panie nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie…”.

Weźmy ludzi żyjących w powtórnym związku małżeńskim, którym Kościół mówi wprost: „jesteście dla nas ważni, jesteście członkami naszej wspólnoty, ale nie możecie przyjmować Ciała Pana Jezusa”. Określiliśmy ich mianem „wiernych na pół gwizdka”. Mimo wiec, że wszyscy wyznajmy, iż „nie jesteśmy godni Jego przyjęcia”, postanowiliśmy uznać, że są w naszej wspólnocie ludzie, którzy są jeszcze bardziej niegodni niż my.

Propozycje rozmowy na temat sensowności dopuszczania rozwodników do przyjmowania komunii świętej nie wynikają z chęci rozmycia wiary i potrzeby wyróżniania się od innych. Nie jest też – jak sugerowałeś – wpuszczaniem do Kościoła szatana. Propozycja rozmowy na ten temat (a nie definitywne twierdzenie, że należy to zmienić) wynika z wizji personalizmu teocentrycznego. Przekonania, że nie możemy stawać na drodze do zbawienia tym, którym uczestnictwo w tej drodze zwyczajnie się należy – którzy tego w całej pokorze pragną.

Po pierwsze zatem widzę Kościół jako środek do osiągnięcia zbawienia. Kościół – a w nim szczególnie sakramenty – dawać powinien nadzieję.

Kościół, definiowany jako nagroda za bezgrzeszne życie, będzie sędzią, który jednym daje przyzwolenie, innym nadaje karę za przeszłość. Pisałem w tekście „Raban w imię mistrza”, że Kościół jest przestrzenią ratunku, który przytula, a nie odrzuca. Wszyscy jesteśmy zgodni, traktując Kościół jako matkę. Matka zatem ciągle jest blisko, podnosi z upadków, a nie obraża się i odrzuca swoją miłość, gdy jej dziecko uczące się chodzić przewraca się kolejny raz.

Drugi problem, z którym się zmagam dotyczy posiadanej przez nas prawdy. Mam wrażenie – wyciągnięte z pism Jerzego Turowicza – że posiadanie prawdy nie stawia nas w pozycji uprzywilejowanej, ale raczej nadaje nam szczególne obowiązki.

Odnoszę wrażenie, że posiadając prawdę, i odmawiając do niej dostępu innym, nie wypełniamy jak należy misji ewangelizacyjnej. Poprzez permanentny znak sprzeciwu pozostajemy w pozycji uprzywilejowanych, którzy swoją aktywność w przestrzeni publicznej wyrażają jedynie przez konfrontację, odrzucając dialog, który traktujemy jako porażkę (powyższe zdania są moją interpretacją pism Jerzego Turowicza).

W jaki sposób widzę dzielenie się prawdą, którą staramy się posiąść? Biskup Ryś przywołał podczas rekolekcji przypowieść o siewcy. Pamiętasz, że ziarno rzucone na ulicę nie wydało plonu? Bp Edward Dajczak twierdzi, że ziarnem zmarnowanym jest nie to, które nie wydało plonu, ale to, którego siewca w ogóle nie rzucił.

To się wiąże z interpretacją idei Nowej Ewangelizacji, z którą również mam niemały problem. Czy musimy wypowiadać Kerygmat, by Ewangelizację uznać za udaną? Czy może już samym świadectwem życia wypełniamy misję ewangelizacyjną?

Otwartość naszego Kościoła, będzie więc polegała na ciągłym rzucaniu tego ziarna prawdy – bez względu na nasze uprzedzenia i przekonanie, że to nic nie da. Bez uprzedniego kwalifikowania gleby: czemu nie rzucić ziarna prawdy w stronę rozwiedzionych? Czemu nie mieć nadziei, że wśród nich wyrośnie? Powtarzam: tylko nierzucone ziarno będzie zmarnowane.

20 Komentarze

  1. Odwołując się do rzucanego ziarna, do rozwodników. Pragnę zwrócić uwagę (tak, racja, Pan również podkreślił tą myśl) na to, że ludzie którzy się rozwodzą, rzucili ziarno mając nadzieję, że „wyda ono godny plon”.
    Niestety…
    Nie zawsze to się udaje, ale ważne jest to, że spróbowali… (Nie wnikam tu w różne rodzaje rozwodów, bo ich jest nieskończenie wiele. Ale chce podkreślić fakt, że nie wszyscy się rozwodzą z kaprysu, bo znaleźli nową miłość, bądź znudzili się swoim partnerem/ką ).
    Uczymy się na błędach.
    Jesteśmy jak te ziarna. I nie zawsze udaje się nam „zakwitnąć”, nie zawsze trafiamy na żyzną glebę…
    Moim zdaniem, ważne jest to, że próbujemy, że rzucamy ziarno, że nie tracimy swoich szans i okazji… Bo w życiu ważne jest to, aby szukać. Nie powinniśmy odkładać naszych ziaren, bo one nie wydadzą plonu…
    Nawiązując do Kościoła, który powinien być otwarty dla każdego, który powinien wspierać nas, w naszych poszukiwaniach. Nie powinien nas od siebie oddalać.
    W szczególności na niedzielnej mszy, powinniśmy otrzymywać nadzieję, wsparcie, miłość.
    Mam nadzieję, że społeczeństwo nie chodzi do kościoła dla mody, zabicia czasu, czy też z obowiązku.
    Bo skoro się decydujemy tam wybrać, to myślę, że chcemy otrzymać wsparcie, akceptację (przynajmniej ja tak mam). Chcemy usłyszeć dobre słowo, które nie będzie wytykało nam naszych błędów, ale sprawi, że otworzą się nam oczy…

  2. Pamiętam jak mój Ksiądz grzmiał z ambony już w latach 90-tych, że nastała moda pt. „jestem katolikiem ALE … uznaję przerywanie ciąży, swobodne podejście do seksualności, ewentualność kapłaństwa kobiet etc. Dziś to wszystko nabrało jeszcze większego rozpędu więc najchętniej połowa z nas wykreśliłaby 3/4 dekalogu, aby Kościół stał się otwarty dla niemal wszystkich. A tymczasem – mówiąc wprost …ludzie opanujta się wreszcie. To nie kościół jest dla nas, ale my dla kościoła. Dlatego zamiast wyważać drzwi, żeby wszystkich zmieścić trzeba po dawnemu szukać dróg do świętości, a tą podejrzewam, zwykle osiąga się idąc najwęższym przejściem. Nie chodzi o to, żeby nam było tak milusio w kościele, tłumnie, gwarnie i w dużej kupie, ale żebyśmy byli solą ziemi. Sól ma wyrazisty smak, a tymczasem Kościół otwarty chce być wszystkim w smak i tym z lewa i z prawa i z manowców.

    • ~A
      Tam są przecinki, naprawdę nie trzeba się czepiać. Chodzi po prostu o postulaty złagodzenia wymogów opartych czy to na Dekalogu , czy nauczaniu Kościoła.

  3. Czy można prosić o uściślenie? Czy chodzi o to, żeby wszyscy w stanie grzechu ciężkiego mogli przyjmować komunię, czy o uznanie, że sakrament małżeństwa jest na tyle mało istotny, że jego odrzucenie nie jest grzechem ciężkim?

    • Chodzi o to, byś w chwili, kiedy nie podolasz małżeństwu z automatu nie była pozbawiona możliwości pełnego uczestnictwa w Eucharystii.

    • Eucharystia, to nie nagroda dla bezgrzesznych, ale pokarm grzeszników, umacniający w nich świętość i dający wzrost. Odetnij kogoś od pokarmu, a umrze lub stanie się nędzny.

    • O ile wiem, o automacie nie ma mowy, wiele aspektów ma tutaj znaczenie.
      Ale nadal nie wiem, czy chodzi tylko o to, że cudzołóstwo (że się tak posłużę nazewnictwem) nie jest grzechem ciężkim, czy też w ogóle grzech ciężki nie powinien być przeszkodą w przyjmowaniu komunii?

  4. Przy takim postawieniu sprawy nasze koscioly bardzo szybko opustoszeja. dokladnie tak jak to sie stalo w krajach protestanckich. Dlaczego? Dlatego,ze, wbrew temu co Pan pisze o pelnej akceptacji i otwartosci, ludzie najlepiej odpowiadaj na wyzwania. Sam Chrystus stawial wysokie wymagania, ktos by mogl Mu zarzucic,ze wrecz nieludzkie. (Np. mowiac o pozostawieniu ojca i matki, i zostawieniu grzebanie zmarlych, zmarlych). Nikogo nie potepial ,ale nie akceptowal (!) grzechu. Rozmycie Ewangelicznego przekazu („wystarczy swiadectwo” – Pan Mateusz) nie doprawadzi ludzi do Kosciola, a wrecz przeciwnie odprowadzi ich z niego. Po to, by wzrastac w wierze, trzeba wpierw uzanc swoj grzech, i uznac,ze sie odeszlo od Bozych przykazan. Przy takim KO jaki Pan proponuje, pojecie grzechu szybko sie rozmyje, co wprowadzi zamet wsrod wiernych. Sa ludzie, do ktorych byc moze Pan sie zalicza, ktorzy dobrze znosza ambiwalencje, byc moze nawet sluzy ona Panu (wiekszosci mlodym ludziom jest bliska z natury rzeczy). Jednak, wiekszosc z nas potrzebuje drogowskazu i jasnosci przekazu.

    • Zostawienie rodziców, zmarłych nieludzkie? Przecież Jezus mówi przez to, zajmij się tym co ważne, własnym zbawieniem. To dla naszego dobra, a nie krzywdy. Inaczej Bóg w Starym Testamencie. O tym możnaby porozmawiać w kategoriach człowieczeństwa. Strach się bać.

    • Prosze czytac, to co napisalam. Pan Jezus powiedzial do ucznia (ktory chcial pochowac swoja, wlasnie, zmarla matke) : „Zostawcie zmarlym, grzebanie zmarlych.” Ciezkie to slowa i po ludzku patrzac tracace brakiem empatii. Mogl przeciez poczekac do pogrzebu, wspolczuc mu, itp. Jednak nie zrobil tego. Podalam ten przyklad z NT jako dowod na to,ze Bog stawia wymagania, i to wysokie.

    • Pan Jezus powiedzial do ucznia,ktory chcial pochowac swoja, wlasnie zmarla, matke: „Zostawcie umarlym grzebanie umarlych.” Podalam ten cytat z NT jako dowod na to,ze Chrystus stawial wysokie wymagania. I tego powinnismy sie trzymac.

    • @jaga
      Katolicy podobno słabo znają Pismo Święte, ale opinię Jezusa „zostawcie umarłym grzebanie umarłych” zna każdy. Tak, ja właśnie do tego cytatu się odniosłem. Nigdy nie widziałem w tym zdaniu niczego drastycznego i ojcowie kościoła również go właściwie odczytywali. W końcu doczesne szczątki zmarłych traktowane są z należytym szacunkiem. Nie chodzi przecież o żadną znieczulicę, tylko o to, że Jezus wskazuje, że są rzeczy ważniejsze. Co, to już nie jest takie oczywiste, kościół interpretuje to jako powołanie.

    • @jaga
      Sądzę również, że nie powinno się przesadzać z uniwersalizowaniem myśli zawartych w Piśmie. Jezus, kiedy to mówił do ucznia, naprawdę miał ważne zadania i dla siebie i dla uczniów. Czasu było niewiele, a musiał ich wiele nauczyć. Nie mógł pozwolić sobie na ustępstwa. Słowa „zostawcie matkę”, „zostawcie grzebanie zmarłych”, „idźcie za mną” miały w chwili ich wypowiadania znaczenie dosłowne. Dla nas są ważną wskazówką, ale nie można ich traktować, jakby były kierowane do nas, jak przypowieści. Nie wiem, to tylko moje zdanie, może błądzę.

  5. Nie rozumiem. Jeśli ktoś żyje w powtórnym związku małżeńskim, to znaczy, że mu pierwszy małżonek odumarł, i zaprawdę nie ma to negatywnego wpływu na przystępowanie do sakramentów.

    No chyba że chodzi tu o osoby, które swój związek małżeński podeptały i żyją z kimś innym w konkubinacie – ale nazywanie tego „związkiem małżeńskim” to manipulacja i kłamstwo.

  6. Kościół jest przede wszystkim Kościołem Chrystusowym. Co mówił Chrystus na temat rozwodów?” Kto oddala swoją żonę, a bierze inną, popełnia wobec niej cudzołóstwo” (Mk 10, 11) Tyle,że Jezus miał w sobie tak niezwykłą Moc prawdy i miłości, że ludzie, których spotykał po prostu przestawiali grzeszyć. Mateusz, Zacheusz, Maria Magdalena, kobieta cudzołożna…
    Kto z nas chrześcijan potrafi tak łączyć Prawdę i Miłość? Niewielu. Jesteśmy albo zbyt otwarci na grzech, rezygnując jednocześnie z prawdy, albo zbyt zamknięci na grzesznika, rezygnując przy tym z miłości. Wierzę, że Papież Franciszek potrafi łączyć Miłość i Prawdę.

    • To,ze niewielu zyje wg Ewangelicznego nakazu, nie znaczy,ze nalezy obnizyc standardy postepowania. Pan Jezus powiedzial do swoich uczniow, ze da im moc do robienia wiekszych rzeczy niz On sam robil! I to sie dzieje kazdego dnia. Jednak, zlo jest medialne i slyszymy przede wszystkim o nim.

  7. Czy możemy założyć w Kościele wspólnotę Otwarty Kościół (tak jak mamy Domowy Kościół) – ustalić jej charyzmat i formację i być razem i wspierać się nawzajem – ci, którzy chcą Kościoła szpitala :)
    Lecz czy starczy odwagi zwłaszcza pasterzom by w takiej wspólnocie być …

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.