Kościelne rekolekcje zamiast szkolnych lekcji?

Duchowni, świeccy i kościelni hierarchowie powtarzają, że Kościół to nie jest instytucja. Że nie jest jedną z wielu organizacji pozarządowych. Papież nawet tak mówi. Październik 2013 r., Franciszek: – Czy troszczymy się tylko o nasz własny ogródek, czy troszczymy się o innych? Skoro tak, to dlaczego pod rygorem zmuszamy uczniów do chodzenia na rekolekcje?

Skoro nie jesteśmy instytucją, to czym jesteśmy? Przepraszam za tę kościelną mowę, ale muszę: „jesteśmy misyjni”, „jesteśmy po to by głosić Ewangelię”, „mamy coś więcej niż instytucję. Mamy Jezusa Chrystusa”. Co to oznacza?

To oznacza, że – zupełnie teoretycznie – mamy w nosie pakty polityczne, ugody, dyskusje w cieniach gabinetów, głosowania, zabieganie o strefy wpływów, negocjacje i lobbowanie. Owszem, mamy system wartości, i dobrze gdyby ludzie go zrozumieli i przyjęli jako wartościowy. Wierzymy w to co mówi Jezus i nie musimy tego, co głosi wprowadzać do społeczeństwa na mocy ustaw. Zatem – znów zupełnie teoretycznie – dążyć powinniśmy do przekonania świata, że Jezus ma rację, nie siłą i politycznymi przepychankami, tylko – i znów przepraszam za to słowo – „świadectwem”.

Ostatnio czytam szczególnie uważnie Jerzego Turowicza, założyciela Tygodnika Powszechnego. Redaktor naczelny pisał w 1995 roku: „Gdyby ludzie stojący z dala od Kościoła, czy też mu niechętni, dostrzegli i zrozumieli, że ten Kościół pragnie być obecny w świecie po to tylko, by człowiekowi służyć, to może by przestali podejrzewać Kościół o dążenie do władzy i o chęci narzucenia swoich kanonów tym, którzy ich nie uznają”.

Warto, żeby te słowa z uwagą czytali nie tylko – jak nazywa ich Turowicz – ludzie stojący z dala od Kościoła, ale także, a może przede wszystkich ci, którzy stoją w jego samym środku. No bo jak mogą ci pierwsi zrozumieć, że Kościół jest po to by służyć, skoro ci drudzy są przekonani, że jest po to by narzucać?

I tym sposobem przechodzimy do rekolekcji w kościołach i zwalniania na nie uczniów z lekcji. To się mocnym węzłem wiąże z religią w szkole. Kościół wynegocjował obecność religii w szkole raczej w pragnieniu zaspokojenia dziejowej sprawiedliwości, niż w celach ewangelizacyjnych. Bo w końcu każdy, kto religię w szkole bierze w obronę, mówi raczej w tonie: „należało się Kościołowi”, niż „należy się uczniom”. Gdyby intencją byli uczniowie, wówczas zrobilibyśmy wszystko, by te lekcje przynosiły pożytek a nie osłabienie moralności (o której też mówimy coraz częściej). Wyżej wspominałem pytanie papieża: „czy troszczymy się o własny ogródek, czy o innych?”

Nie jesteśmy instytucją. Ale dziś, chyba mimowolnie przymykamy na tę funkcję oko i pozwalamy sobie na zagrywki instytucjonalne. Zagrzaliśmy miejsce w społeczeństwie i teraz triumfujemy. Wygodą jednak niczego dobrego nie osiągniemy. Abp Gądecki, nowy przewodniczący KEP mówił w rozmowie z „TP”: „Kościół współczesny liczy ponad miliard wiernych, Kościół apostolski stanowiła garstka uczniów. Przy skromnych początkach napełnić duchem misyjnym i uczynić apostołami garstkę uczniów było może łatwiej, niż poderwać miliony katolików do misji dzisiaj”.

Nie chodzi chyba o to, że wtedy było łatwiej, bo było nas mniej. Było łatwiej, bo ówcześni ludzie wiary, nie zrobili z Kościoła instytucji, która zanim zacznie ewangelizować, wypracowuje sobie dobry pakt z władzą. Tak jest teraz. Zabezpieczamy sobie negocjacjami politycznymi pewność, że na rekolekcje uczniowie przyjdą z obowiązku a nie z przekonania, żeby potem dopiero przejść do głoszenia „Dobrej Nowiny”.

Kościół zwycięża zawsze, gdy głosi Ewangelię „środkami ubogimi”, zaś przegrywa, gdy sięga po „środki bogate”. Warto zastanowić się, czy pozbywając się wszystkich przywilejów, nie będzie nam łatwiej głosić czegoś, co jest absolutnie na marginesie wszelkich udogodnień.

Żeby jednak oddać pełną rację, powiedzieć trzeb tak: Drodzy rodzice i nauczyciele, którzy krytykujecie rekolekcje, muszę wam powiedzieć, że mimo wszystko WARTO! To jest taki moment w Kościele, w którym proboszcz zaprasza zazwyczaj fajnego księdza. Urwanie głowy mają w tym czasie zakonnicy: dominikanie, jezuici. Ich zawsze WARTO słuchać. WARTO, a nie TRZEBA. Dlatego staję po stronie tych, którzy twierdzą, że rekolekcje powinny odbywać się po lekcjach. Ale gdy już do tego dojdziemy, to wówczas warto zobaczyć o co w rekolekcjach chodzi i wpaść do kościoła wieczorem.

19 Komentarze

  1. można dorobić miliony teorii,ale chyba zapomniał pan ze wprowadzenie religii do szkół było naruszeniem konstytucji.

    • @emilix chodzi o wolność wyznania? A czemu? Religia nie jest obowiązkowa, uczniowi permanentnie z niej zwolnionemu nie przepadają żadne godziny.

  2. Jestem z parafii „karnej”. Nawet księża podobno uważają, że do nas to za karę. Autor pisze, że zwykle rekolekcje prowadza Dominikanie czy Jezuici i, że ich warto słuchać. Ileż bym dała ,żeby na prowincji tak było. Niestety, kiedy moje dzieci chodziły na rekolekcje najczęściej przyjeżdżali Franciszkanie, nie zawsze o zdrowych zmysłach, albo prowadził je proboszcz. Poza tym lekcje religii prowadziła siostra elżbietanka, która opowiadała dzieciom historie o szatanie ukazującym się jej znajomej w formie psa o 15.
    Efekt: Moja córka i kilkoro innych dzieci przez kilka lat bało się samodzielnie spać iść do toalety czy łazienki. Moje dorosłe dziś dzieci (dwoje- mam troje) nie praktykują, a syn jest wrogiem „instytucji”. My starsi poradzimy sobie, bo mamy wiarę jakoś ugruntowaną- w Boga – nie w instytucję. Ale tak zależy mi, żeby kościół przekonał młodych. Ja miałam rekolekcje i lekcje religii po zajęciach szkolnych. I jakoś to dało niezły efekt. Dziś jest to tylko okazja do opuszczenia lekcji.

  3. Rodzice również powinni brać czynny udział we wpajaniu wartości religijnych w dzieci. Nie rozumiem podejścia „Ale tak zależy mi, żeby kościół przekonał młodych. ” Widać właśnie tę ugruntowaną wiarę w Boga pseudo katolików i jak do nich docierają nauki Jezusa.

    • Raczej, nie do końca zrozumiała Pani wypowiedź k@g.
      Przedstawię to jaśniej, na własnym przykładzie.
      Wychowałam się w domu, gdzie wiara jest bardzo ważna. Gdzie dziadkowie i rodzice „wpajali” mi „wartości religijne”. Modlitwa poranna i wieczorna, uczęszczanie do Kościoła, czytanie Biblii, płyty Arki Noego, rozmowy o tym, co jest ważne, o tym do czego powinnam dążyć, a czego unikać. Co powinnam brać, a co odrzucać. Rozmowy o Ewangelii, o życiu Jezusa, o miłości i rodzinie. Katecheza prowadzona w Szkole Podstawowej i Gimnazjum przebiegała bardzo dobrze. Ksiądz, okazał się wspaniałym nauczycielem, który nie bał się podejmować trudnych tematów, nie bał się udzielać odpowiedzi na nie. Dodatkowo uczył wychowania fizycznego, co jeszcze pogłębiało sympatie do niego. Podejmował czynny dialog z uczniami, grał nam na gitarze, wspólnie śpiewaliśmy, prosto mówił o Dobrej Nowinie. Moment przełomowy pojawił się w liceum, gdzie katecheta mylił światopogląd z religią, ta osoba, która miała inne wyobrażenie świata, była przez niego krytykowana, mówił, że nie jest godna bycia katolikiem. Był strasznie subiektywny, nie doposzuczał nas do głosu. Kiedyś na lekcji zauważył, że mam pewną gazetę, nakrzyczał na mnie bardzo, grożąc, że pójdzie ze skargą do mojego proboszcza, który wyciągnie odpowiednie konsekwencje. Podawał notaki, nie mające nic wspólnego z Ewangelią, tylko z mediami i polityką. I takie zachowanie bardzo zniechęca. Nie do Boga, nie do wiary, ale dla duchownych. Bo to oni tworzą obraz Kościoła. W moim domu, na szczęście nie ma tematów tabu. Rozmawiam z moją mamą o wszystkim. I krytyczny głos przeciw księdzu, nie jest krytycznym głosem przeciw religii, a tymbardziej przeciw Bogu. Dlatego, to nie rodzice mają przekonać mnie do Kościoła, jako instytucji, tylko właśnie księża. Bo dużo młodych ludzi odchodzi z łona Kościoła, nie z winy rodziców, wychowania, ale przez niektórych księży, ich wypowiedzi. I proszę uważniej pisać kim są pseudo-katolicy. Bo moim zdaniem katolik, to jest ten, co widzi dobre i złe rzeczy w polskim Kościele i chce, żeby ten Kościół był piękniejszy. I oto też chodzi Franciszkowi.

    • Pani Marto, być może jestem pseudo katoliczką. Mam w sobie odrobinkę pokory i zdaję sobie sprawę, że z pewnością popełniałam błędy wychowawcze. Mam jednak wrażenie,że nie do końca zrozumiała Pani intencję mojej wypowiedzi. Szczęśliwie, jest Pani Magda, która zrozumiała o co mi chodzi, a mam nadzieję, że nie tylko ona. Trudno jest, nie narażając autorytetu księdza czy siostry zakonnej, wytłumaczyć dziecku, że nie mieli racji, kiedy nie potrafiąc odpowiedzieć na proste pytanie dziecka krzyczą i straszą. Trudno, kiedy 19 latek idzie do spowiedzi przed Świętami Bożego Narodzenia i po niej nie idzie już nigdy do kościoła. Jak pisałam, szczęśliwie jedno z moich dzieci wciąż jeszcze jest praktykujące. Czyżbym je inaczej wychowywała? Rozmawiałam ze znajomym księdzem, który bardzo mądrze mi kiedyś poradził, że nic na siłę. Mogę więc tylko modlić się za moje dzieci, mając nadzieję, że Pan wysłucha i próbować z nimi rozmawiać.
      Moja wypowiedź dotyczyła jednakże młodzieży, która jeszcze nie odeszła. I nie chodzi mi o odchodzenie od Boga, ale brak zaufania i zniechęcenie do instytucji i niektórych kapłanów. Pani Magdo, dziękuję za zrozumienie.

    • I jeszcze jedno, Pani Magdo, w pełni zgadzam się z tym co Pani napisała i także mam nadzieję, że o to właśnie chodzi Franciszkowi. Pozdrawiam!

  4. „Po lekcjach” powiada Pan… No to Panie Błażeju, proszę się odnieść do sprawy, jak już będzie miał Pan dzieci w wieku szkolnym. Pogadamy jak będzie miał Pan u boku głównych bohaterów wydarzenia…

  5. Trzy dni przeznaczone na rekolekcje, trzy godziny faktyczne spotkania
    w świątyni, każdego dnia po godzinie. Obowiązkiem nauczyciela jest zapewnić bezpieczeństwo w drodze ze szkoły do świątyni i powrót.
    Rodziców brak. Czasem, bywa, zwalniają z udziału w rekolekcjach robiąc sobie dzień wolny na rodzinne sprawunki…Ogromna szkoda, coś nam umknęło. Nie ma już tej naturalnej potrzeby zebrania się w sobie, postanowień, wyrzeczeń, że oto po zajęciach, odrobionych lekcjach pójdę na wieczorne spotkanie z moim Bogiem. Coś poświecę, czas. Zaś Rodzice dopełnią reszty swoich obowiązków, przecież nie obowiązkiem szkoły, nauczyciela jest czuwać nad rozwojem duchowym dziecka. Wszyscy wiemy, że coś niedobrego stało się i nadal w tym tkwimy. W imię czego?

  6. Pracuję w szkole. Jeszcze parę lat temu na rekolekcje katechetki mogły zaprosić ciekawe osoby – zakonnice czy księdza, dostawały pieniądze na papier, itp – teraz już nie, bo wiąże się to z kosztami, a proboszcz nie daje żadnych pieniedzy na rekolekcje. Katechetki więc wysilają własną inwencję, żeby w szkole coś ciekawego zrobić – korzystając ze szkolnych materiałów! – a proboszcz i księża z parafii odprawią mszę w kościele i tyle. Licząc dojście do i z kościoła do szkoły i zajęcia w szkole, dzieci mają w ten dzień zajęte najwyżej 2 – 3 godziny. Nauczyciele dbają o bezpieczeństwo, dzieci cieszą się, że nie ma lekcji, niektóre nie przychodzą w ogóle – w kościele jest zwykle zimno, niektórym się nie chce. Czy króryś coś w sensie duchowym „wyniesie” z rekolekcji ? Trudno powiedzieć. Nie widzę efektów takich rekolekcji. Może zorganizować to w jeden dzień, a nie rozciągać sztucznie na trzy dni? Lub po południu do kościoła z rodzicami, tak jak było kiedyś, a do szkoły swoją drogą? Jednak tu brak przymusu spowodowałby pewnie mierną frekwencję. Przy okazji tematu rekolekcji, stwierdzam z przykrością jako osoba wierząca, ze Kościół ciężko pracuje na coraz mniejszą liczbę młodych ludzi choćby na niedzielnych mszach.

    • ” Przy okazji tematu rekolekcji, stwierdzam z przykrością jako osoba wierząca, ze Kościół ciężko pracuje na coraz mniejszą liczbę młodych ludzi choćby na niedzielnych mszach.”

      Mnie to nie dziwi. Kilkakrotnie miałam ochotę sama wyprowadzić dzieci z kościoła. Kazania jakie słyszałam były zgorszeniem ‚maluczkich’.

  7. „Drodzy rodzice i nauczyciele, którzy krytykujecie rekolekcje, muszę wam powiedzieć, że mimo wszystko WARTO!”…
    powiedział przygłup, dla którego Wszechmocny Bóg to niebiański debil, któren 120 tysięcy lat po stworzeniu Homo Sapiens wpada na kreatywny pomysł, by ekstrawagancko zapłodnić in vitro hebrajską analfabetkę po to, by mu urodziła samego siebie w innej postaci, dzięki czemu mógłby jako śmiertelny nieśmiertelny dokonać brawurowego samobójstwa na krzyżu i tym sposobem nietuzinkowo otworzyć bramy raju swym katom.
    Drodzy rodzice i nauczyciele, którzy krytykują rekolekcje, oniemieli z zachwytu.

  8. „Ewangelizowanie” przez władzę to pozornie najłatwiejszy i najefektywniejszy sposób zwiększania liczby wiernych stosowany przez Kościół od dawna. Tak przecież kiedyś „nawracano” Indian, Murzynów. O ile prościej bowiem, zamiast wyrabiać u dzieci nawyk przychodzenia do Kościoła na nauczanie prawd wiary, zmusić je, aby w wyniku wydanej przez władzę ustawy chodziły na lekcje religii. Albo zamiast wyrabiania w wiernych głębokiego przeświadczenia, iż aborcja to łamanie podstawowej prawdy wiary ” nie zabijaj”, zmusić władzę do wydania ustawy antyaborcyjnej. A że efekty osiągnięte tą drogą są z reguły jedynie pozorne? Co to kogo obchodzi. Przecież statystyka którą można prezentować i tu i tam, a przy okazji się nią pochwalić, wygląda świetnie.
    I tak misyjność przegrywa ze statystyką.

    • Ludzie muszą być przekonani, że to, co głosimy jest prawdą, aby się tak stało należy ‚świecić przykładem’ …
      Bardzo przypadł mi do serca tekst Michała Rycherta – doktora teologii fundamentalnej i katechety bodajże.
      Jeśli Gospodarz blogu(a) nie ma nic przeciw pozwolę sobie krótki fragmencik zamieścić:

      „Kościół jako społeczność alternatywna to coś więcej. To środowisko życia, w którym prawo Boże jest szanowane, praktykowane, budzi respekt, ale i niesie radość, przynosi wybawienie z różnych życiowych opresji, dlatego stanowi propozycję. Siłą Kościoła jest możliwość pokazania, że można żyć inaczej, że dla zasady zysku, przyjemności, przemocy, samorealizacji za wszelką cenę istnieje alternatywa, że na drodze wskazanej przez Chrystusa można osiągnąć poszukiwane szczęście.

      Tylko Kościół żyjący jako społeczność wzorcowa – miasto położone na górze (por. Mt 5, 15) może swoim alternatywnym stylem życia przekonać świat do prawa Bożego, chroniąc tym samym Chrystusa przed postrzeganiem Go nie jako Wybawcy, ale opresora. Tym, co przyciąga narody, jest siła świadectwa i perswazji wynikającej z porządku społecznego ludu Bożego. Tylko wówczas, gdy pokażemy światu, jak dobry jest Pan, prawo może zyskać uznanie, a lud Boży może zasłużyć na najwyższą pochwałę: „Z pewnością ten wielki naród to lud mądry i rozumny. (…) Któryż naród wielki ma prawa i nakazy tak sprawiedliwe (…)?” (Pwt 4, 6-8).

      Tylko wówczas może się spełnić obietnica mesjańskiej pielgrzymki narodów: „Wszystkie narody do niej popłyną, mnogie ludy pójdą i rzekną: Chodźcie, wstąpmy na Górę Pańską do świątyni Boga Jakubowego! Niech nas nauczy dróg swoich, byśmy kroczyli Jego ścieżkami” (Iz 2, 2-3).”

      Chodzi więc to, aby w owym ‚budowaniu królestwa’
      pozwolić działać Temu, który w nas jest nadzieją dla świata, przemieniający i rodzący wszystko na nowo –
      Zbawiciel. Niepodobna wprowadzać Boga w cudze życie
      przy pomocy przeróżnych ‚aparatów’ nacisku. Tym sposobem, czego mamy dowód, niczego nie zyskujemy a tracimy w dwójnasób, a co gorsza nie chcemy ponosić konsekwencji wypierając z pamięci to, cośmy uczynili, albo czego nie uczyniliśmy….

  9. Znam problem, bo jestem katechetką i wiem ile kontrowersji pojawia się w przypadku rekolekcji wielkopostnych, kiedy zamiast lekcji są rekolekcje. Ile się wtedy nasłucham! OJ! Też uważam, że rekolekcje są potrzebne, że warto, tylko dlaczego podczas lekcji? Z niewolnika nie ma pracownika. Uczniowie słysząc „musicie” od razu się jeżą. Ja mówię: „jeżeli macie pragnienie uczestniczenia i będziecie, będę się cieszyć. Nie zmuszam” i są. Może nie wszyscy, ale są a później przymilają się o 6 i nie żałuję – przecież chcieli przyjść!

  10. Religia oczywiscie powinna byc tylo prowadzona w kosciele/salce kat. Dlaczego dzieci ktore nie wierza musza byc indoktrynowane razem z tymi co tez nie wierza ale boja sie do tego przyznac…?

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.