Samarytanka, która rozlała wodę [#pierwszeczytanie, część I]

Też tak macie? Wydawało się wam, że Biblię znacie jak własną kieszeń? Że nic was nie zaskoczy? I niespodziewanie nadchodzi taki moment, gdy czytasz, albo słyszysz na mszy fragment (który, gdyby Cię obudzili w środku nocy i kazali recytować, zrobiłbyś to bez zająknięcia) i nagle trach: jedno słowo, jedno zdanie, jedna wrzutka Jezusa do uczniów, i oczom i uszom nie wierzysz. To tu jest takie zdanie? Jakim sposobem, podczas wcześniejszych lektur tego nie zauważyłem?

I ja tak miałem dziś, podczas słuchania Ewangelii o Samarytance. Za chwilę tym odkryciem się z Wami podzielę, ale najpierw – zachłyśnięty zdemaskowaniem jednego zdania, postanowiłem stworzyć nowy blogowy cykl – zaproszę Was na #pierwszeczytanie. Taki zamiar mam, by robić to w soboty, tak by w niedzielę rano wpuścić na #FollowJezus jakąś krótką myśl, która urodziła się w mojej głowie podczas czytania Ewangelii, albo czytań z bieżącej niedzieli. Zapraszam.

Dziś Samarytanka

Polecam zwrócić uwagę na jedno zdanie – do którego jak żywo nawiązuje idea Kościoła Otwartego i to co ogarnia od ponad roku Franciszek:

„Kobieta zaś zostawiła naczynie do czerpania, wróciła do swojej miejscowości i zaczęła namawiać mieszkańców”

(J: 4, 28)

To jest chyba ta misyjność Kościoła o której trąbią wszyscy na lewo i prawo. I to jest też chyba to wyjście na peryferie o którym mówi papież. 

Bo trzeba mieć pozytywnie zakręconą głowę: tak jak miała Samarytanka, żeby zobaczyć się z Jezusem, dostać od niego „wodę żywą” i od razu – zamiast się tym pocieszyć, zamiast tam zostać i się dobrze czuć, pogadać z Nim, posiedzieć, dopytać – to Ona zostawia wszystko i leci jak szalona do miasta, żeby opowiedzieć innym co się wydarzyło przy studni. I ci, z którymi rozmawia w mieście uwierzyli w jej historię. Poszli do Jezusa i też dostali co tylko mogli.

Taka ta woda żywa: że dostajesz i nie budujesz studni, nie obmurowujesz tej wody, tylko lecisz i ją rozlewasz, żeby inni też spróbowali. Żywa woda, czyli płynąca, a nie stojąca.

Zatem jak ktoś pyta co to jest Kościół Otwarty, to trzeba mówić, że jest to Kościół w ruchu (tak mówi o nim Franciszek). Ruch. Dynamika. Jan XXIII mówił o otworzeniu okien w Kościele. No i fajnie. Ale jedno otwarte okno nie wystarczy. Trzeba otworzyć też drugie okno, tak żeby zrobić przeciąg. 
Na tym – jak mnie się wydaje – polegać ma to całe ewangelizowanie. 

Miłej niedzieli. 

3 Komentarze

  1. Opowiem Panu pewne zdarzenie, Błażeju. Kościelny zrobił przeciąg i wywiało banknoty z koszyka. Otworzył drzwi wychodząc na zewnątrz w przeświadczeniu dobrze spełnionego obowiązku, bo niechby tam kto jeszcze stał, a wiatr wiadomo, wieje jak chce.

  2. A mnie, niesakramentalną żonę byłego księdza, najbardziej w tej historii urzeka fakt, że Jezus (który jako JEDYNY miałby do tego prawo) nie prawi tej kobiecie umoralniających kazań, nie zaczyna od „to grzech żyć z mężczyzną bez ślubu! Najpierw się nawróć, a dopiero potem staniesz się godna, żeby ze Mną rozmawiać!” Nie. On rozpoznaje w niej jej pragnienie Boga i odpowiada na nie. A ona, która przedtem unikała „porządnych ludzi” w obawie przed ich docinkami (a może i czymś gorszym – jesteśmy wszak na Wschodzie a tam „takie” jeszcze i dziś się kamieniuje) – w następstwie tego spotkania staje się ich apostołką.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.