Kościół obowiązkowej prowizorki

Skupianie się na językowych lapsusach rodzimych biskupów niczemu nie służy. Z wywiadu abp. Stanisława Gądeckiego dla „Naszego Dziennika” wyłania się coś znacznie poważniejszego niż jego niejasny pogląd dotycząca sposobu wychowywania chłopców i dziewczynek.

Przewodniczący KEP pojechał na Synod Biskupów z przekonaniem, że w polskim duszpasterstwie rodzin nie mamy sobie nic do zarzucenia, a za małżeńskie kryzysy winę ponoszą bliżej nieokreślone zewnętrzne siły: gender, Unia Europejska i liberalne media.

Trudno dziś wyrokować jakie znaczenie podczas synodu będą miały wizje abp. Gądeckiego. Analizując jednak watykańskie dokumenty i wypowiedzi papieża Franciszka, można wnioskować, że biskupi z całego świata przyjechali do Watykanu nie po to, żeby upewnić się że „zgnilizna zachodu” stanowi zagrożenie. Jeśli z takim „duszpasterskim przesłaniem” na synod jedzie lider Kościoła w Polsce, to niewielki z tego pożytek.

W gruncie rzeczy chodzi w synodzie o uderzenie się we własne piersi. Znalezienie recept. Synod ma dotyczyć spraw związanych z rodzinami.

Od 1975 r. w Polsce obowiązkowe są kursy przedmałżeńskie. Wyglądają dziś jak klasyczne szkolenia BHP: odbębnić trzeba, nikt się do nich nie przykłada, są formalnością i przykrym obowiązkiem. W instrukcjach episkopatu o kursach czytam, że ich obowiązkowość to wyraz „troski biskupów o przyszłość polskich rodzin”. To w sumie klasyka w Kościele. Ustalamy, że coś będzie obowiązkowe, ludzie będą musieli przyjść, odbębnić, a my nie będziemy się do tego przykładać.

- A jak ludzie nie będą nas słuchać? – Ich wina, bo są „uwiedzeni liberalnym światem”. O czym się tam, na tych kursach mówi? O seksie, in-vitro, naturalnym planowaniu rodziny?

Słusznie pisał kilka lat temu Szymon Hołownia – mamy tłumy rozwiedzionych katolików, którzy nie do końca wiedzą jak walczyć z kryzysami, jak szukać oparcia w Bogu, ale za to doskonale wiedzą, jak „naturalnie planować rodzinę” i że in-vitro to zło.

Jakie są konsekwencje tej kościelnej „obowiązkowości wynikającej z troski”?

Kozienice. Parafia św. Rodziny. Wchodzę do kościoła na mszę o godzinie 18. Rozpocznie się za 10 minut. W kościele kończy się nabożeństwo różańcowe. Obok kościoła w Kozienicach są garaże. Gdy jest 17.55, zza garaży wychodzi grupa gimnazjalistów dogaszających pety. W rękach trzymają książeczki. To takie indeksy, w których zbierają podpisy księdza – forma zaliczenia obecność na nabożeństwie różańcowym, potrzebna podczas przygotowania do sakramentu bierzmowania. Oczywiście obowiązkowa. Wchodzą. Kucają na podniesienie Najświętszego Sakramentu, wstają, ustawiają się w kolejce i wędrują dumnie do zakrystii z prośbą o podpis. Ksiądz podpisuje zadowolony, że „troszczy się o rozwój kandydatów do bierzmowania”.

Brawo za prowizorkę. To jakiś układ? My wam podpisujemy te książeczki na ładne oczy, wy siedzicie i palicie szlugi za garażami. Gdyby ktoś pytał, to wszystko z „troską”, a co złego, to „liberalne media” i „wrogi kulturze chrześcijańskiej dżęder”?

————————————————————————————————————

TYGODNIK POWSZECHNY WYCHODZI W ŚRODĘ. WEŹ, CZYTAJ, KLIKNIJ W BANER I ZOBACZ SPIS TREŚCI

tpppppp