„Teologia zapachu”. Co czuje papież Franciszek?

Nie pierwszy raz Franciszek odwołuje się do zapachu. Tym razem mówi, że Kościół, który jest zamknięty, śmierdzi stęchlizną. Wcześniej przekonywał, że pasterz musi pachnieć swoimi owcami. Jeszcze wcześniej zwrócił uwagę na dobry węch owczarni, dzięki któremu to stado czasem może pokierować pasterzem.

Kanonizacja Jana XXIII i Jana Pawła II. Zapamiętajmy miłosierdzie, nie kurtuazję

Przynajmniej trzy „historyczne znaki” wydarzą się 27 kwietnia 2014 roku. Papież Franciszek wynosząc na ołtarze Jana XXIII i Jana Pawła II w dniu święta Miłosierdzia Bożego, daje jasny kierunek dla przyszłości Kościoła Powszechnego.

Kościół naszpikowany jest symboliką. Możemy na to pomstować – twierdząc, że sama data kanonizacji nie ma szczególnego znaczenia. Możemy też nie przejmować się kanonizacją – w końcu już dziewięć lat temu, pośród okrzyków na placu św. Piotra „Santo Subito”, było raczej pewne, że do takiej kanonizacji dojdzie.

Postawienie jednak obok siebie dwóch papieży, tak ważnych dla Kościoła posoborowego i to w dniu święta Miłosierdzia Bożego nadaje tej symbolice wyjątkowego – realnego – znaczenie.

Jan XXIII zapisał się w historii Soborem Watykańskim II. Jan Paweł II był – bez cienia przesady – filarem Soboru. W obu pontyfikatach fundamentem były dwie myśli.

Po pierwsze obu papieżom chodziło o dobro drugiego człowieka. O pogarszający się stan relacji między ludźmi. O ubogich, bezdomnych, chorych i potrzebujących pomocy. Po drugie obu papieżom chodziło o stan praw człowieka. O obalanie murów i odsłanianie kurtyn.

W zwyczajnym, ludzkim i politycznym znaczeniu walka o prawa człowieka i walka z biedą (jeśli ktoś ją w ogóle toczy) odbywa się w cieniach ministerialnych gabinetów i dyplomatycznych gestów.

W znaczeniu religijnym na pierwszym miejscu jest wiara. „Miłosierdzie Boże” jest kategorią wiary, nie kategorią polityki i partyjnej kurtuazji. Miłosierdzie Boże splata więc dwie wymienione wyżej myśli.

Nie jest więc bez znaczenia, że obaj papieże zostaną ogłoszeni świętymi właśnie w dniu święta Miłosierdzia Bożego, które – jeśli je właściwie osadzić w czasie i przestrzeni – ma szansę stać się lekarstwem na biedę i pogarszający się stan praw człowieka.

Klamrą jest tu papież Franciszek, w którego pontyfikacie próżno szukać kurtuazji i politycznych intryg. Cała trójka wielkich ludzi Kościoła chce dobra na świecie, narzędziem do zaprowadzania pokoju i dobra, musi być Miłosierdzie Boże.

Dzięki takiej decyzji konsystorza, jest duża szansa by podjąć znów próbę odbrązowienia papieża Polaka. Trudno prorokować jakie znaczenie dla Polaków będzie miała ta kanonizacja. Papież Franciszek zrobił jednak wszystko, byśmy pamiętając o Janie Pawle II nie myśleli wyłącznie o kremówkach, pomnikach i kurtuazyjnych słowach.

Lud Boży: Chcemy pasterzy, nie funkcjonariuszy!

Można było dotychczas twierdzić, że zaangażowanie polityczne duchowny i świeckich członków Kościoła Katolickiego w Polsce – nie jest niczym złym. Jesteśmy w końcu „strefą światowych wpływów” i „lobbowanie państwowych ustaw zgodnych z Ewangelią powinno być nie tylko naszym prawem ale i obowiązkiem”. Tymczasem uważna lektura wywiadu z papieżem Franciszkiem takie przekonanie z precyzją obala. Papież – może i nie mówi o tym wprost – ale zwraca uwagę, że „Lud Boży chce pasterzy, a nie funkcjonariuszy i urzędników”.

 Historyczna sprawiedliwość

Weźmy pierwszy przykład z brzegu: lekcje religii w polskich szkołach. Na korzystnych dla Kościoła (niekonieczne dla Ewangelii) zasadach, religia w szkołach jest już ponad 20 lat. Po takim czasie można stanowczo stwierdzić, że walki o utrzymanie religii w szkole wynikają raczej z potrzeby historycznej sprawiedliwości, a nie troski o religijny rozwój uczniów. Podczas gdy borykamy się z dużym problemem i dyskusje o obecności religii w szkole rozgrzewają nie tylko uczniów, ale i katechetów, dziennikarzy, rodziców i nauczycieli, to Episkopat wpadł już na nowy pomysł, by religia była przedmiotem maturalnym.

I znów dziejowa sprawiedliwość jest dla nas bardziej fundamentalna niż rzeczywiste potrzeby głoszenia Ewangelii i doprowadzanie innych do osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem.

Episkopat ustami abp. Józefa Michalika – proponując religię na maturze – nie mówi o Ewangelii, o Jezusie Chrystusie i Nowej Ewangelizacji. Jak bowiem inaczej odczytywać słowa abp. Michalika o tym, że „na maturze można zdawać przedmioty uważane często za drugorzędne, chociaż wszystkie są ważne i wpływają na całościową ocenę uczniów. To dlaczego nie można zdawać religii?”. Chodzi Arcybiskupowi nie mnie, nie więcej tylko o to, że inne przedmioty traktowane są z większą estymą niż religia.

Owszem Episkopat mówi też o potrzebie moralnego wychowywania, ale tylko ktoś bardzo naiwny, albo ten, kto dawno już skończył się uczyć w polskiej szkole, będzie twierdził, że „moralność” i rozróżnienie „dobra od zła” da się wypracować przez zdawania tych zasad na maturze.

 Ewangelia wystarczy

Starania o prawo państwowe zgodne z zasadami Ewangelii, jest oznaką braku wiary w Ewangelię. Pisze o tym Jarek Makowskich we wczorajszej Gazecie Wyborczej „Kościół w Polsce wciąż bardziej wierzy w siłę przychylnej dla siebie władzy politycznej niż moc Ewangelii”.

Głoszenie Ewangelii powinno się więc odbywać poza establishmentem i z dala od ministerialnych gabinetów. Nie bez znaczenia są tu słowa papieża Franciszka o wyjściu na peryferie i głoszeniu Ewangelii na ulicy. Tam nie mam politycznych przepychanek i dyplomatycznych krzyków.

 Pasterz nie funkcjonariusz

Co mówi papież w wywiadzie, którego udzielił o. Antonio Spadaro SJ?

- „Kapłani Kościoła muszą być miłosierni, brać odpowiedzialność za osoby, towarzyszyć im jak dobry Samarytanin, który obmywa, czyści i podnosi z ziemi bliźniego. To jest czysta Ewangelia. Bóg jest większy od grzechu. Reformy organizacyjne i strukturalne są wtórne , to znaczy idą w drugiej kolejności. Pierwsza reforma musi odnosić się do postawy. Ci, którzy głoszą Ewangelię, muszą być zdolni rozgrzewać serca ludzi, kroczyć wraz z nimi przez noc, umieć prowadzić dialog, a nawet zstąpić w ich noc, w ich mrok i nie zbłądzić”

Przerażające słowa. „Zstąpić w mrok ludzi i nie zbłądzić!”. Potrzebujemy więc bezpośredniej relacji. Prywatnej korespondencji między duszpasterzem a wiernym. Sama Ewangelia jest już wystarczającym do tego narzędziem. Nie potrzebujemy zmiany prawa, bo nie jesteśmy do tego powołani. Jesteśmy powołani do kontaktu jeden do jednego.

Ale jednocześnie Kościół jest miejscem dla wszystkich. Nie przez przymus, nakaz i obowiązek, ale przez Ewangelię i jej głoszenie. Pisze papież: „Kościół to dom wszystkich, a nie jakaś niewielka kapliczka, która może pomieścić jedynie pewną grupę ludzi wyselekcjonowanych. Nie możemy zredukować Kościoła do ochronnego parasola dla naszej małostkowości”.

Przerażające słowa, bo Ewangelia nie uczy potępienia, a my nierzadko wyłącznie na osądzaniu budujemy swoją tożsamość. Patrzymy na kogoś poza Kościołem i nie widzimy w nim człowieka, tylko jego grzech i odejście od Jezusa. Nie wchodzimy w nim rozmowę, nie interesujemy się nim, jesteśmy egoistyczni, bo dbamy wyłącznie o swoje zbawienie. Mówimy „albo bierzesz nasze zasady i jesteś członkiem naszego klubu (Kościoła), albo idź stąd i nie zawracaj nam głowy”. Bo – „Figa!”, „Poza Kościołem nie ma zbawienia”.

 Pielgrzymować z, a nie do

Papież proponuje nam pielgrzymkę. Musimy wyjść na peryferie. Dotychczas żyliśmy w przekonaniu, że naszym zadaniem jest pielgrzymować do świata. Tymczasem papież mówi: „Zamiast być tylko Kościołem, który zaprasza i przyjmuje w swoje otwarte drzwi, starajmy się być Kościołem znajdującym nowe drogi, zdolnym wyjść z siebie ku tym, którzy go nie nawiedzają, odeszli, albo są obojętni. Niekiedy ludzie odchodzą z powodów, które jeśli je dobrze pojąć i oszacować, mogą doprowadzić do powrotu. Ale potrzebna jest śmiałość i odwaga”.

Mamy więc przestać pielgrzymować do świata, ale zacząć pielgrzymować ze światem.

 Medycyna zbawcza

I już ostatnie, tym razem o medycynie zbawczej, o której w swoim komentarzu do wywiadu z Franciszkiem mówi biskup Grzegorz Ryś. Papież wraca do starej sprawdzonej zasady według której Kościół jest szpitalem, a nie trybunałem. Kościół jest lekarzem a nie sędzią. Nie da się uleczyć ran współczesnego człowieka ustalając prawo i zasady.

Szpital to jest miejsce w którym nikt nikogo nie pyta skąd pochodzi i jakie ma poglądy. Szpital to jest miejsce w którym są ludzie którzy śmierdzą, są brudni i zniszczeni. Lekarz na to nie patrzy. Lekarz bierze narzędzia i pomaga.

Kościół więc nie może być trybunałem i sądem, ale szpitalem, w którym jest miejsce dla wszystkich. Nie będziemy szpitalem i nie będziemy leczyć, jeśli za jedyny i główny cel postawimy sobie polityczne przepychanki i ustalanie prawa. Ewangelia nam wystarczy, tylko musimy w nią uwierzyć.